piątek, 21 marca 2014

Czarne chmury nad Bukową. Sen katowiczan o Ekstraklasie co raz mniej realny?




Po dwóch porażkach na inaugurację rundy wiosennej I ligi polskiej w piłce nożnej, drużyna GKS-u Katowice oddala się od upragnionego awansu do najwyższej klasy rozgrywkowej.
Gra drużyny Kazimierza Moskala pozostawia sporo do życzenia, a apetyty przed decydującymi starciami były ogromne.





W tym roku popularna „GieKSa” obchodzi piękny jubileusz: 50-lecie istnienia klubu. Nikt nic innego sobie nie życzył jak upragnionego awansu do Ekstraklasy. Wszak w tym sezonie zespół z Bukowej gra naprawdę przekonująco. Na półmetku rozgrywek zameldował się na 3 pozycji z zerową stratą do ekipy z Bełchatowa, która zajmowała 2 miejsce, premiowane awansem. Dzieliła ich jedynie różnica bramkowa na korzyść piłkarzy z miasta kopalni węgla brunatnego. Jednakże po dwóch inauguracyjnych kolejkach rundy wiosennej, strata ta wzrosła już do 4 pkt. Smucą nie tylko porażki „GieKSy”, ale także styl gry w jakim się zaprezentowali.

W pierwszym spotkaniu rozgrywanym na wyjeździe z Sandecją Nowy Sącz, gra katowiczan nie wyglądała jeszcze tragicznie. Można powiedzieć że „GieKSiarzom” zabrakło szczęścia. Podopieczni Kazimierza Moskala przeważali w pierwszej połowie spotkania przeprowadzając kilka groźnych akcji. Nie przyniosło to jednak bramki. W drugiej połowie do głosu doszli gospodarze.
W 58 minucie spotkania bramkę dla Sandecji zdobył Łukasz Grzeszczyk.. Było to, jak się okazało, ostatnie trafienie w tym spotkaniu. Pierwszy mecz rundy wiosennej zakończył się porażką.
Po meczu niezadowolenia nie krył szkoleniowiec katowiczan:
„Po raz kolejny okazało się, że piłka nożna polega na strzelaniu bramek. Nie ważne jak grasz.
Nie ważne ile strzałów oddasz. Nie ważne ile masz posiadania piłki. Ważne to co jest w „sieci”.
Ja bym był niezadowolony po remisie. Po tym wyniku jestem po prostu wkurzony”.

Mecz z Okocimskim Brzesko, ostatnią drużyną w tabeli przed tym spotkaniem, miał zamknąć usta krytykom. Dla niepokonanej w tym sezonie na własnym boisku "GieKSy" inny rezultat niż zwycięstwo byłby uznawany jako klęskę. Drużyna Kazimierza Moskala rozegrała jednak bardzo słaby mecz, nie stwarzając sobie dogodnych okazji do zdobycia bramki. Nieliczną szansą był rzut karny zmarnowany przez Sławomira Dudę  w 30 minucie spotkania. Piłkarze gości widząc nieporadność graczy ze stolicy Górnego Śląska, postanowili wykorzystać swoją szansę. Decydujące trafienie dla Okocimskiego zaliczył w 78 minucie meczu Michał Nawrot. Klęska stała się faktem.

Sprawa awansu co raz bardziej oddala się od  drużyny GKS-u Katowice. W następnej kolejce rozegrają spotkanie u siebie z największym rywalem do gry w Ekstraklasie – GKS-em Bełchatów. Porażka katowiczan w tym spotkaniu może na dobre przekreślić szanse ekipie z Bukowej 1 na upragniony awans po 9 latach do najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce.

niedziela, 16 marca 2014

Okiem na krajowe podwórko: Hit Ekstraklasy nie zawiódł. Było wszystko poza kibicami.

Bardzo ciekawe widowisko zgotowały drużyny Legii i Wisły w deszczową, ponurą niedzielę. Spotkanie rozgrywane było bez udziału publiczności. Powodem były wybryki kiboli podczas ostatniego spotkania przy łazienkowskiej między stołeczną drużyną, a ekipą Jagiellonii. Dzisiejszy mecz Wojskowi zremisowali 2:2 mimo iż grali w przewadze od 27 minucie, a do przerwy  schodzili z zapasem dwóch bramek. Wiślacy jednak ożyli jak feniks z popiołu w drugiej części spotkania i niespodziewanie wyszarpali remis. Momentem spotkania była wyrównająca bramka "stadiony świata" Semira Stilicia, piłkarza drużyny z miasta Kraka.



Mecz ten obejrzałem dosyć z przypadku. Rozczarowany odwołaniem niedzielnego konkursu drużynowego skoków w Harrachowie, nie wiedząc co począć, zdecydowałem podelektować się spotkaniem hucznie nazywanym "Hitem Ekstraklasy". Wszak obie drużyny mają w swoim dorobku razem dziesięć "Mistrzów" w XXI wieku! Smaczku dodawał fakt iż obie drużyny walczą w tym sezonie o końcowy triumf.



Przed spotkaniem spodziewałem się raczej nudnego widowiska. Brak kibiców na trybunach, pogoda kapryśna. No i decydujący argument: Ekstraklasa. Mecze w tych rozgrywkach niezbyt często porywają na kolana. Co nie oznacza, że kibice swoich drużyn nie podchodzą emocjonalnie do spotkań. Derby Śląska, Krakowa czy spotkania pomiędzy Legią, Wisłą czy Lechem to już klasyk i gratka dla niejednego pasjonata polskiego futbolu. I nie obchodzi fakt, że dla Europy liczymy się mniej więcej tak samo jak Szwedzi w skokach, czyli w zerowym stopniu. Wstydem jest iż polski zespół po raz ostatni w fazie grupowej Ligi Mistrzów grał w 1996 roku (Widzew Łódź). Wstydem są również baty, które nasze drużyny zbierają od herosów z Estonii, Azerbejdżanu czy Kazachstanu. Najważniejsza jest jednak miłość do drużyny oraz kibicowanie, no i wreszcie satysfakcja, że "nasz plac pokonał wasz plac".

W takich momentach, aż nie potrafię się powstrzymać:

 

Wybaczcie, że tak narzekam. Po prostu za dużo w ostatnim czasie się skompromitowaliśmy. Mamy piękne stadiony, świetnych kibiców, którzy dopingują swoje ekipy ( z wyjątkiem pseudokibiców, ale tych można spotkać wszędzie), a drużyny jakoś nie potrafią się do tego dostosować. Ja rozumiem, że dysponujemy budżetem na poziomie tygodniowej wypłaty Messiego czy Ronaldo i nie posiadamy zawodników z najwyższej półki... no, ale kurde, przykłady zespołów takich jak słowacka MSK Żilina, białoruski BATE Borysów czy węgierski VSC Debreczyn dają do myślenia. Drużyny te posiadają porównywalne, a nawet niższe budżety do niektórych ekstraklasowych ekip, a dały radę awansować do LM. Można?

Dobra, koniec hejtu. Skupmy się na dzisiejszym spotkaniu, bo na prawdę mogło się podobać. Już pierwsza akcja w 2 minucie przyniosła Legii gola. Ładne podanie w polu karnym Żyry do Radovicia, a ten z drugiej lini, strzałem przy dalszym słupku nie dał szans Miśkiewiczowi. Taki cios mógł mocno zdeprymować Wiślaków. Na domiar złego, kapitan krakowian - Arkadiusz Głowacki, po dosyć bezmyślnym faulu od tyłu, wyprostowanymi nogami na Michale Żyro w 27 minucie został wyrzucony z boiska. 9 minut później swoje premierowe trafienie zaliczył młody Słowak Ondrej Duda, sprowadzony przez Legię w zimowym okienku transferowym z Koszyc. Dostał podanie zza pola karnego od Brozia i wolejem pokonał bramkarza Wisły. 2:0 dla Legii, krakowianie grają w dziesiątkę - to nie może się inaczej skończyć jak pewnym zwycięstwem stołecznych. W między czasie obie drużyny przeprowadzały ciekawe akcje, które cieszyły oko. Na drugą połowę widać było, że Legioniści wyszli pewni zwycięstwa. Można rzec, że zemściło się to na nich. Mój piękny obraz ciekawego meczu przysłoniły nieco pierwsze fragmenty drugiej połowy. Brak pomysłu gry Legii, duża niecelność podań obu ekip. Na szczęście szybko "obudziła mnie" bramka dla Wiślaków w 66 minucie. Jakby na przekór wszystkim chcieli dowieść, że cud na łazienkowskiej jest jak najbardziej możliwy. Semir Stilić, Bośniak, który kilka lat temu czarował swoją grą w Lechu Poznań, ograł legionistę przy końcowej linii pola karnego , wyłożył piłkę do Guerriera, a ten uciszył kibiców Legii na tryb... oczywiście przed telewizorami. Wisła chcąc iść za ciosem zmarnowała świetną okazję w 71 minucie. Guerrier w polu karnym Legii nieczysto uderzył w piłkę, która szczęśliwie trafiła do Pawła Brożka, który... też nieczysto trafił w futbolówkę posyłając ją pare metrów od bramki Kuciaki. Prawdziwe "combo". Pomyślałem sobie wtedy znów "ah ta nasza ekstraklasa". Jednakże cały mecz to była jedna huśtawka nastrojów dla mnie oraz dla obu ekip. Dlatego też powinienem wyrzucić myśli przy ostatniej sytuacji Wiślaków, ponieważ bramkę, którą zdobyli, a właściwie zdobył Stilić, można śmiało pokazywać w każdej stacji sportowej na świecie. Idealny strzał z rzutu wolnego z 30 metrów, piłka odbija się jeszcze od poprzeczki nie dając szans Kuciakowi. Stadiony Świata.




 Kibice Białej Gwiazdy zapewne skakali z euforii przy niedzielnym obiadku, a Ci z Warszawy śmiało mogli ze zdenerowania wyrzucić swój odbiornik przez okno. A po sytuacji w 88 minucie meczu, gdzie Dwaliszwili nie strzelił gola z dwóch(!) metrów, mając przed sobą leżącego bramkarza Wisły, z bezradności mogli popełnić swoiste Harakiri. Wisła dowiozła cenny remis. Plusem meczu jak najbardziej okrzyknięty Semir Stilić, a ja zadowolony, że mogłem na osłodę odwołania skoków, obejrzeć ciekawe widowisko.

Na koniec optymistycznie. Aby nie posądzić mnie za marudę i hejtera. My też możemy u siebie posmakować trochę prawdziwego, zachodniego futbolu.




Pozdrawiam, Kamil Gądek





 

środa, 12 marca 2014

Rozpoczynają się 23. Mistrzostwa Świata w Lotach Narciarskich!

W dniach 14-16 marca 2014r. odbędą się Mistrzostwa Świata w Lotach Narciarskich w czeskim Harrachovie. Co dwa lata odbywają się zawody, w których najlepsi skoczkowie świata walczą o miano najlepszego "lotnika" na świecie.

Loty narciarskie w kalendarzu Pucharu Świata odbywają się stosunkowo rzadko. Zależy to od sezonu. W tym miałem przyjemność oglądać jedynie zmagania w austriackim Bad-Mittendorf, najmniejszej z wszystkich mamutów,a jest ich oprócz tej (czynnych) zaledwie cztery: w Vikersund, Planicy, Oberstdorfie i Harrachovie.

Mistrzostwa Świata w Lotach Narciarskich nie zaliczają się do ogólnej klasyfikacji PŚ. Nie są też w mojej opinii najważniejszymi zawodami dla skoczka. Zdecydowanie większe znaczenie przypisywane jest Igrzyskom Olimpijskim, Mistrzostwom Świata w Narciarstwie Klasycznym i Turniejowi Czterech Skoczni. Z powodu tego pierwszego z wymienionych wydarzeń "czempionat" na popularnej skoczni  Čerťák został troszkę odsunięty w kąt. Wszystkie przygotowania w tym sezonie zostały skierowane na imprezę w Sochi. Nie zmienia to jednak faktu, że nie powinniśmy oczekiwać nudnych zawodów. Wręcz przeciwnie! Osobiście uważam, że loty narciarskie są bardziej ekscytujące od normalnych zawodów skocznia dużych czy normalnych.

 Pamiętam jak w dzieciństwie z niecierpliwością czekałem na zawody w Planicy. Wszak największa skocznia świata zawsze robiła na mnie niesamowite wrażenie. Całemu smaczkowi dodawała muzyka puszczana przez organizatorów, gdy skoczek osiągnął minimum 200 metrów.


 Sami skoczkowie uważają skoki na mamutach za niesamowite przeżycie. Podwyższony poziom adrenaliny mocno się im udziela. No i ten lot - ponad 200 metrowy, kilka sekund dłuższy niż na zwykłej skoczni, dla wielu niezapomniany. Niestety z tym wiąże się niebezpieczeństwo podczas oddawanych skoków. Wielu zawodników w swoje przeszłości miało wiele dramatycznie wyglądających upadków - a takie na skoczni mamuciej są najbardziej bolesne.

Dobra, zostawię już tą ciemną stronę lotów. Pragnę chwilkę poświęcić na temat rekordów świata w długości skoku narciarskiego. Kamil Stoch sam podkreślił w jednym z wywiadów, że jest to jedyny rekord jaki go interesuje. Aktualnie należy do nieskaczącego już  Norwega Johana Remena Evensena i wynosi 246,5m. Uzyskany został w Vikersund w 2011r., największej skoczni na świecie z rozmiarem usytuowanym na 225 metrze. Przez wiele lat miano tej "numer 1" odnośnie wielkości dzierżyła popularna "Velikanka" czy też nazywana również "Letalnicą" we wspomnianej przeze mnie Planicy. Śmieję się, że Słoweńcy musieli się tak wkurzyć, że postanowili przebudować tą skocznię, aby można było osiągać niebotyczne rezultaty powyżej 250 metrów. Dlatego też jak już napisałem w moim pierwszym poście na blogu, w tym sezonie zawody kończące cykl Pucharu Świata odbędą się na dużej skoczni HS 139.
 

Poniżej przedstawiam filmik pokazujący rekordowy skok Evensena:



Oczywiście, w ten weekend o poprawienie tego wyczynu nie ma co marzyć. Skocznia w Harrachovie jest dużo mniejsza od tej w Norwegii, a jej rekord to "zaledwie" 214,5m uzyskany wspólnie przez Matti'ego Hautamaeki oraz Thomasa Morgensterna.
Zawody również może storpedować... wiatr, który w weekend w podmuchach może osiągnąć ponad 11m/s. Szkoda, że aura w tym sezonie jest tak mocno kapryśna, ale taki już urok skoków narciarskich. Co do faworytów, to jak już wspomniałem ciężko ich określić, ponieważ loty rządzą się swoimi prawami. Myślę, że Robert Kranjec, zwycięzca sprzed dwóch lat,  jest najpoważniejszym kandydatem, aczkolwiek jest to jego powrót świeżo po kontuzji i nie wiemy co można się po nim spodziewać. A może weteran Noriaki Kasai? On był mistrzem świata w lotach w Harrachovie w uwaga: 1992 roku, gdy wielu skoczków nie przyszło jeszcze na świat jak choćby Klemens Murańka czy Andreas Wellinger. Zapewne smutnym momentem będzie ostatni występ w karierze austriaka Martina Kocha, który w swojej karierze nazywany był podobnie jak Kranjec "specjalistą od mamutów". W swoim dorobku może pochwalić się tym iż wygrał 5 zawodów Pucharu Świata z czego  4 podczas lotów. Ja osobiście znowu liczę na Kamila, choć nie powinienem już tyle od niego wymagać po tak wspaniałym sezonie.  Jedno jest pewne. Będzie się działo. Znowu czeka mnie ekscytujący weekend ze skokami. Mocno liczę na piękne, niezapomniane zawody.
 Tylko ten wiatr...  

Pozdrawiam, Kamil Gądek.

 

niedziela, 9 marca 2014

Wietrzny weekend w Norwegii. Tylko kataklizm może odebrać Stochowi Kryształową Kulę.

Zawody Pucharu Świata w Trondheim jak i w Oslo były bardzo loteryjne. Wiatr stał się głównym antybohaterem tych konkursów i niestety w dużej mierze rozdawał karty na skoczni. Na całe szczęście w nieszczęściu Kamil Stoch zajmując 9 i 3 miejsce powiększył przewagę do 168 pkt nad Peterem Prevcem i przed dwoma ostatnimi zawodami jest niemal pewny Kryształowej Kuli.

Zacznijmy  od piątkowego konkursu, który odbywał się na skoczni "Granasen" w Trondheim. Obiekt ten jest dość szczęśliwym miejscem dla polskich zawodników. Przed rokiem triumfował tu nasz dwukrotny złoty medalista z Soczi, natomiast w 2001 roku Adam Małysz odniósł zwycięstwo dzięki nieprawdopodobnym, rekordowym skoku w drugiej serii konkursu.


W piatek liczyliśmy również na ubiegłorocznego triumfatora. Niestety jak już wspomniałem wiatr pokrzyżował mu te plany. Ucierpiał nie tylko on. Peter Prevc, wicelider całego cyklu skoczył zaledwie 116,5m i uplasował się na 45 miejscu, nie awansując przez to do drugiej serii. Nasz zawodnik uzyskał 127m co pozwoliło mu na zajęcie 10 miejsca na półmetku. W drugiej poprawił się o jedną lokatę i zakończył swój udział na przyzwoitym 9 miejscu. Triumfował faworyt gospodarzy, mieszkaniec Trondheim - Anders Bardal. Co ciekawe dla zdobywcy Kryształowej Kuli w sezonie 2011/2012 było to dopiero 7 zwycięstwo w karierze i pierwsze przed własną publicznością.
Dla ścisłości podium uzupełnili Andreas Kofler oraz nieśmiertelny dziadek skoków narciarskich, 42 letni Noriaki Kasai przeżywający w tym sezonie chyba ósmą młodość.




Niedzielne zawody na słynnej skoczni Holmenkollen w stolicy Norwegii również stały pod znakiem zapytania. Podczas wczorajszych kwalifikacji fatalnie wyglądający upadek zaliczył gospodarz Anders Fannemel. Na szczęście Norwegowi nic się nie stało i wstał o własnych siłach. tutaj upadek.

Już dziś zwycięstwo w generalce mógł sobie zapewnić Stoch. Triumf lub drugie miejsce naszego skoczka jednocześnie przy odległej pozycji Prevca spowodowałby wybuch radości u niejednego kibica w naszym kraju, jak i na trybunach. Bo jako iż w Norwegii pracuje mnóstwo Polaków to Polonia stanowiła około 70-80% wszystkich fanów skoków na trybunach. Nasze marzenia musimy jednak odstawić w kąt i uzbroić się w cierpliwość. A wszystko to przez wiatr...
Skoczek czekając na zielone światełko i tak wiedział, że w trakcie jazdy po rozbiegu, aż do wybicia z progu wiatr może się zmienić kilkanaście razy.  Stoch w pierwszej lecąc wysoko nad zeskokiem w końcowej fazie dostał mocny podmuch wiatru. Rezultatem było skrócenie skoku o co najmniej  7-8 metrów i lądowanie na dwie nogi. Gdyby nie to myślę, że mógłby dziś powalczyć o więcej niż i tak znakomite 3 miejsce. Wygrał perfekcyjnie skaczący Severin Freund. Podium uzupełnił Anders Bardal. Peter Prevc zajął odległe 11 miejsce, co sprawia, że Kamil potrzebuje jedynie 33 punktów, aby świętować zdobycie Kryształowej Kuli. Osobiście uważam, że tylko kataklizm mógłby odebrać tą cenną nagrodę. Stoch potwierdza, że w tym roku zasłużył na końcowy triumf w klasyfikacji generalnej.



Sytuacja w klasyfikacji przed ostatnimi dwoma zawodami w Planicy:

1.STOCH KamilPolska1320
2.PREVC PeterSlowenia1152
3.FREUND SeverinNiemcy1123
  
A już za tydzień wielkie emocje! W Harrachovie odbędą się Mistrzostwa Świata w Lotach Narciarskich. Trudno wskazać głównego faworyta tych zawodów. Skoki na mamutach rządzą się swoimi prawami, a specjaliści od takich skoczni mogą nie wystąpić. Słoweniec Robert Kranjec, triumfator sprzed dwóch lat jest kontuzjowany, a Austriak Martin Koch, wicemistrz świata oraz zdobywca brązowego medalu na ostatnich MŚwL jest w fatalnej formie i raczej trener Austriaków - Alexander Pointner nie wystawi go na te zawody. Cieszy mnie powrót po długiej kontuzji byłego rekordzisty świata w długości skoku - Bjoerna Einara Romoerena. Na nominację zasłużył sobie dzięki triumfowi w zawodach Pucharu Kontynentalnego w Zakopanem odbywanych w ten weekend.
Szykuje się istna nawałnica polskich kibiców. Wszak Harrachov jest oddalony zaledwie o kilka kilometrów od polskiej granicy w Jakuszycach. Emocje będą co nie miara. A mi, fanowi skoków narciarskich pozostaje jedynie z wielką przyjemnością usiąść przed telewizorem i delektować się magią tego wspaniałego sportu.

 Pozdrawiam, Kamil Gądek.


                                                                                                                                                        



czwartek, 6 marca 2014

Nowe stroje, styl gry nadal mizerny. Polska 0:1 Szkocja

Siadając w środowy wieczór przed telewizorem, włączając jedynkę jak zwykle łudziłem się, że zobaczę odmienioną grę polskiej kadry. Jestem wyjątkowo niepoprawnym optymistą w tej kwestii. Oczywiście momentalnie zostałem sprowadzony do rzeczywistości. A rzeczywistość okazała się okrutna. Rezultat 0:1 w plecy po bardzo przeciętnej grze nie nastawia zbyt pozytywnie przed zbliżającymi się eliminacjami do Mistrzostw Europy w 2016 roku, które odbędą się w ojczyźnie Napoleona.





Spotkanie rozgrywane na Stadionie Narodowym (ta nazwa powinna być zastrzeżona dla Stadionu Śląskiego) było niemiłosiernie nudnym "widowiskiem". Oglądając mecz emocjonowałem się tak bardzo jakby to było spotkanie A-klasowych drużyn. Nie umiejętność rozegranie przez drużynę Nawałki kilku prostych podań na połowie przeciwnika czy też multum nie potrzebnych górnych zagrań, które lądowały na głowach Szkotów raziło strasznie. Na całe szczęście przeciwnicy nie postawili jakiś wygórowanych warunków i też nie pokazywali niczego wielkiego. Spotkanie było tak monotonne i nużące, że niestety usnąłem w okolicach 65 minuty. Na szczęście niczego nie straciłem, poza przypadkową bramką zdobytą przez drużynę Gordona Strachana. Dla ścisłości: jedynego gola w meczu strzelił Scott Brown w 77 minucie po uderzeniu zza pola karnego.
Dodatkowym smaczkiem były nowe stroje naszej kadry - pionowy czerwony pasek na koszulce i brak logo PZPN. Jak widać nie pomogły zmienić oblicza gry naszej reprezentacji, która od pewnego czasu załamuje nie jednego kibica.
 

Podziwiam tych 41 652 kibiców, którzy zapłacili za bilety a jednocześnie zmarnowali czas oglądając te żenujące widowisko. I nie usprawiedliwia fakt,że brakowało Lewandowskiego i Błaszczykowskiego, którzy z pewnością strzeliliby 5 bramek. Martwi mnie samo podejście do gry biało-czerwonych. Brakuje mi takich zawodników jak Tomasz Hajto, Piotrek Świerczewski czy Jacek Bąk, którzy potrafili nie raz zmotywować kolegów, postawić się na przeciwników. Nasza kadra nie tworzy tzw. kolektywu. Nie jesteśmy jedną całością, prawdziwą drużyną. Tworzymy tylko zlepek indywidualności, które nie potrafią ze sobą współistnieć, a efektem tego były przegrane eliminacje do mundialu w Brazylii. Osobiście brakuje mi selekcjonera z zagranicy. Prawdziwego profesjonalisty, który stałby się autorytetem dla tych "piłkarzyn". Oczywiście, nie ujmując nic Adamowi Nawałce, bo to dobry trener, ale chyba tylko na realia ekstraklasowe. Dla tego tęsknie za czasami Leo Benhakkera. Nie było Lewandowskich, Błaszczykowskich itp. Drużyna nie miała gwiazd - jednak miała coś więcej - ducha walki, dzięki któremu pokazywali czym jest gra dla kraju, poświęcenie, waleczność.
Ciężko będzie to szybko zmienić, bo póki co stoimy w miejscu, a po eliminacjach do Euro 2016 możemy się obudzić z ręką w nocniku.



 Pozdrawiam, Kamil Gądek
 

wtorek, 4 marca 2014

No i znowu Stoch pozamiatał. Kryształowa Kula coraz bliżej!

Ah! Cóż to były za dwa ostatnie konkursy Pucharu Świata w Skokach Narciarskich w wykonaniu naszego "Orła z Zębu"! W niedziele Kamil Stoch odzyskał żółty plastron lidera wygrywając w fenomenalnym stylu zawody w fińskim Lahti, natomiast dziś również nie pozostawił złudzeń swoim rywalom triumfując na skoczni Puijo w Kuopio.



No, ale po kolei. Zanim Stoch wygrał swoje pierwsze zawody w PŚ po Igrzyskach Olimpijskich w Sochi musiał uznać wyższość Severina Freunda, który zwyciężył zarówno w tzw. próbie przed Mistrzostwami Świata 2015 w Falun oraz w piątkowych zawodach w Lahti. Kamil w tych zawodach zajął kolejno 4 i 3 miejsce. Niby całkiem dobre miejsca, bo w czołówce, ale jednak osobiście zaniepokoiłem się trochę, ponieważ w klasyfikacji generalnej zdążył go prześcignąć Słoweniec - Peter Prevc, na domiar złego, obawiałem się tzw. "tendencji zniżkowej" jak to pięknie określa były trener reprezentacji Polski, a aktualnie prezes Polskiego Związku Narciarskiego - Apoloniusz Tajner.
Oliwy do ognia dolał sobotni konkurs drużynowy w Lahti. Polacy skakali naprawdę kiepsko. Prędkości najazdowe mieli koszmarnie niskie, tak jakby ktoś im narty posmarował Patex'em. Nawet nasz dwukrotny Mistrz Olimpijski skakał poniżej swoich możliwości (indywidualnie byłby 10).
Na całe szczęście te wszystkie moje zmartwienia czy wątpliwości zostały szybko rozwiane.
Niedzielny konkurs pokazał kto tak na prawdę jest "kozakiem" w skokach narciarskich. Zajmujący pozycje wicelidera po pierwszej serii Stoch w drugiej odpalił petardę typu "achtung" lądując na 134,5m z cudownym telemarkiem. Przez chwile serce mi stanęło, gdy z bólu trzymał się za kolano. Nie ma co się dziwić! Lądował 4,5m dalej niż rozmiar skoczni, spadając z wysokości porównywalnej do pierwszego piętra. Jednak był to tylko chwilowy dyskomfort. Skaczący po nim Freund wylądował 5 metrów bliżej i z grymasem na twarzy musiał uznać wyższość naszego orła. Kamil tym samym odzyskał żółty plastron lidera.
Siadając dzisiaj przed telewizorem z ogromną przyjemnością, byłem pewny. Pewny tego iż Kamil znowu dziś ukąsi swoich konkurentów. Dwa skoki po 126,5m. dały mu spokojne zwycięstwo, a w sytuacji 4 miejsca głównego rywala w wyścigu o Kryształową Kulę - Petera Prevca, już ponad 100 pkt przewagę nad nim w klasyfikacji generalnej!

Do końca zawodów pozostały już tylko 4 konkursy - jeden w Trondheim w piątek, następnie w niedzielę zawody w stolicy Norwegii - Oslo, a na koniec creme de la creme sezonu Pucharu Świata w skokach - Planica i dwa konkursy, tym razem nie na mamuciej skoczni "Velikance", która jest przebudowywana, tylko na mniejszej tzw. "Bloudkovej Velikance" o rozmiarze HS 139m. Wyścig nadal trwa, jednak z każdym okrążeniem swoją przewagę powiększa dwukrotny mistrz olimpijski z Sochi i oby tak pozostało do mety.

Pozdrawiam, Kamil Gądek.