wtorek, 22 kwietnia 2014

"Wielka" reforma. Ekstraklasa wchodzi w decydującą fazę

12 kwietnia br. odbyła się 30 kolejka Ekstraklasy - najwyższej w hierarchii lidze piłkarskiej w Polsce. Tego też dnia powinniśmy poznać "nowego" Mistrza Polski - Legie Warszawę. Cudzysłów jest tu nieprzypadkowo. Zespół ten broni tytułu z poprzedniego sezonu. Spaść do 1. Ligi (druga w hierarchii) powinny drużyny z Łodzi i Lubina. Jednakże przed sezonem został zmieniony format rozgrywek. Po fazie zasadniczej obejmującej wspomniane 30 kolejek, tabela zostaje podzielona na grupę A (drużyny 1-8) oraz grupę B (drużyny 9-16). Dodatkowo wszystkim drużynom, zostają podzielone punkty na 2 z zaokrągleniem w górę. Przykładowo: drużyna "x" w fazie zasadniczej zdobyła 51 pkt. Rundę finałową rozpoczyna z 26 pkt, a nie 25,5pkt. Decydujący akord obejmuje 7 kolejek, w którym drużyny z poszczególnych grup grają mecze między sobą. Ekipy 1-4 oraz 9-12 czyli te "lepsze" w swoich grupach grają 4 mecze u siebie, a te gorsze 4 spotkania na wyjeździe. W tym wszystkim można się łatwo pogubić...



Osobiście uważam, że owa reforma ma swoje plusy oraz minusy. Zacznę od tych pozytywnych stron. Myślę, że w jakiś sposób uatrakcyjni to naszą marną ligę. Podzielone punkty sprawią, że różnice będą niewielkie, a mecze w decydującej fazie między zespołami, które bezpośrednio walczą o mistrzostwo lub utrzymanie - emocjonujące. Zawsze to też zastrzyk finansowy dla drużyn. Pieniądze z praw telewizyjnych oraz biletów na pewno ucieszą włodarzy klubów. Na stadiony w teorii powinno przyjść wiele kibiców, chcących dopingować swoje drużyny w tak ważnych momentach. Jak będzie w praktyce to zobaczymy już w najbliższy weekend.
Co do minusów. Myślę, że dzielenie punktów na pół mimo iż mogłoby uatrakcyjnić spotkania, jest dosyć niesprawiedliwe. Przykładowo: Legia Warszawa zgromadziła sporą, 10 pkt przewagę nad Lechem Poznań. Teraz jest to tylko 5 pkt. 2 porażki Legii, przy skutecznej grze zespołu z miasta Grabaża może oznaczać utratę mistrzostwa przez drużynę z Łazienkowskiej. To samo dotyczy się zespołów z dolnej części tabeli, które uzbierały bezpieczną przewagę nad strefą spadkową.
Ostatnio na blogu Żelisława Żyżyńskiego: http://trybunazet.blog.pl/ , komentatora i dziennikarza sportowego Canal + Sport przeczytałem o jego pomyśle na ulepszenie reformy, który bardzo mi się spodobał. Jest to tylko kosmetyczny "zabieg". Zamiast dzielenia punktów w ostatniej fazie punkty za zwycięstwo i remis powinny liczyć się podwójnie. Czyli 6 pkt za triumf a 2 pkt za remis, aby zwiększyć skalę trudności. Byłby to niewątpliwe precedens na skalę światową w świecie piłkarskim.

Reasumując. Reforma, która została wprowadzona w bieżącym sezonie Ekstraklasy nie jest wg. mnie złym pomysłem. Podnosi ona atrakcyjność rozgrywek oraz wydłuża sam sezon. Jednakże nie jest to sprawiedliwe dla wszystkich zespołów, dlatego twierdzę, że kosmetyczne zmiany jakie proponuje Żyżyński nie są głupie i powinny zostać rozpatrzone przez szefostwo PZPN.

Pozdrawiam,

Kamil Gądek



 

niedziela, 13 kwietnia 2014

"Sięgnijmy po klasyk" - Dudek Dance i kosmiczny finał w Stambule

Liga Mistrzów UEFA to najbardziej prestiżowe rozgrywki klubów piłkarskich w Europie. Na przeciw siebie stają najlepsze drużyny z poszczególnych lig Starego Kontynentu. Mecze często stoją na bardzo wysokim poziomie, a atmosfera w trakcie spotkań rozgrzana jest do czerwoności. Wiele spotkań w tych rozgrywkach przeszło do historii futbolu. Dzisiaj chciałbym wspomnieć o pamiętnym finale w 2005 roku, gdzie spotkały się dwie zasłużone marki: Liverpool FC oraz AC Milan. Mecz ten miał niesamowity przebieg, a dodatkowo, mocnym polskim akcentem była postać naszego bramkarza - Jerzego Dudka, który swoimi niesamowitymi interwencjami oraz spektakularnym tańcem podczas konkursu rzutów karnych - zapewnił triumf drużynie z Merseyside.




Gdy oglądałem ten mecz, miałem niespełna 11 lat. Jednakże pamiętam go doskonale.W tym spotkaniu całym sercem byłem przy drużynie z Anglii. Nie tylko przez postać wspomnianego bramkarza z Knurowa, ale również z powodu mojej niechęci do ekipy z Mediolanu.
 Początek spotkania zaserwował mi jednak swoisty strzał w pysk. Już w pierwszej minucie spotkania, po stałym fragmencie gry, strzałem głową, bramkę zdobyła legenda Milanu - Paolo Maldini. 
W samej końcówce pierwszej połowy, dwa gole dla ekipy Carlo Ancellotiego zdobył Argentyńczyk Hernan Crespo. Do przerwy na tablicy widniał wynik: 3:0 dla drużyny z Włoch. W tym momencie czerwono-czarna część Mediolanu już była niemal pewna zwycięstwa swojej ekipy. Jednakże piłkarze z Liverpool'u nie zamierzali tak szybko składać broni. Ze słynną piosenką "You'll Never Walk Alone" w głowie, będącą hymnem tego zespołu zabrali się do odrabiania strat. Ta sztuka udała im się w dokładnie 15 minut. Po bramkach Gerrarda, Smicera i Alonso, doprowadzili do remisu i mecz można by powiedzieć, "rozpoczął się od nowa". Do końca regulaminowego czasu gry, wynik pozostał bez zmian. 30 minutowa dogrywka również nie zmieniła rezultatu. Dwie minuty przed jej końcem w nieprawdopodobnych okolicznościach, Jerzy Dudek obronił dwa strzały napastnika Milanu - Andrija Szewczenki.


Remis 3:3 po 120 minutach  gry oznaczał konkurs "jedenastek". Był to niewątpliwie popis jednego aktora, a właściwie tancerza. Dudek, chcąc zdekoncentrować piłkarzy Milanu, zaczął tańczyć na linii bramkowej. Efekt był piorunujący - pierwszy karny wykonywany przez Serginho przestrzelony, drugi obroniony przez Dudka (strzelcem Pirlo) i finalnie, w ostatnie piątej serii, w pięknym stylu obroniona "jedenastka", którą wymierzał Szewczenko. Wszyscy kibice zespołu z Anfield Road eksplodowali z radości, natomiast wielki szok ogarnął fanów mediolańskiej ekipy, którzy nie mogli pogodzić się z faktem, że ich zespół wypuścił z rąk praktycznie wygrany finał. Po tym spotkaniu, Jerzy Dudek został okrzyknięty przez media bohaterem, a angielska prasa - będąca wcześniej sceptyczna wobec naszego rodaka, pisała o nim w samych superlatywach.



Kapitalne spotkanie, niesamowita dramaturgia, wiele pięknych akcji oraz dużo goli to przepis jaki zaserwował nam finał Ligi Mistrzów w 2005 roku. Na takie spotkania, każdy fan piłki nożnej, czeka latami.

Pozdrawiam,

Kamil Gądek
 

czwartek, 3 kwietnia 2014

"Sięgnijmy po klasyk" - Najlepszy konkurs skoków w historii!

Kilka osób pytało mnie czy nadal będę pisać o skokach narciarskich, jak skończy się już tegoroczny sezon. Odpowiedź na to pytanie miałem już ułożoną wcześniej. Stwierdziłem, że niezłym pomysłem będą wspomnienia najbardziej spektakularnych konkursów. Są bowiem takie, które dla niejednego kibica tej dyscyplina utkwiły na długo w pamięci. Dla mnie osobiście jednym z takich wydarzeń był niedzielny konkurs w Planicy w 2005r. Już podczas serii próbnej Norweg Tommy Ingebrigtsen wyrównał rekord świata Matti'ego Hautamaeki, który wynosił 231m. Następnie pobił ten wyczyn Bjoern Einar Romoeren skacząc 234,5m. Tak więc niedzielne zawody zapowiadały się wyśmienicie.



Pierwsza seria nie zapowiadała tego co miało nadejść w drugiej. Rekord świata nie został naruszony.
Finałowa odsłona przeszła jednak do annałów skoków narciarskich. Wielu zawodników podczas swoich prób pobijało rekordy życiowe. To na co jednak wszyscy czekali nadeszło z wielkim impetem. Najpierw rekord świata odzyskał Matti Hautamaeki skacząc aż 235,5m. Komentator TVP Włodzimierz Szaranowicz i były trener polskich skoczków Apoloniusz Tajner nie mogli uwierzyć, że można wylądować bezpiecznie przy tak niebotycznej odległości. Fin jednak nie mógł się za długo cieszyć z odzyskania rekordu, ponieważ zaraz po nim Romoeren w kapitalnym stylu uzyskał 239m wpadając w ogromny szał radości. Na belce startowej pozostali już tylko Fin Janne Ahonen i lider po pierwszej serii Roar Norweg Ljoekelsoey. Przed próbą tego pierwszego byłem pewny, że ówczesny Mistrz Świata z Oberstdorfu zaatakuje magiczną barierę 240m. Tak się stało, niestety dla skoczka z Lahti, skok zakończył się bolesnym upadkiem. Potłuczony Janne pozdrowił kibiców i godzinę później odebrał Kryształową Kulę za zwycięstwo w ogólnej klasyfikacji. Ostatni skoczek, Roar Ljoekelsoey postanowił bezpiecznie wylądować na 224 metrze kończąc zawody na 2 miejscu za nowym rekordzistą świata Bjoernem Einarem Romoerenem.

Konkurs ten od wielu lat jest uważany za jeden z najlepszych w historii. Jury zawodów odważnie ustawiło wysoko belkę, przez co zawodnicy oddawali wspaniałe, dalekie loty. Nie to co teraz, kiedy w wielu przypadkach po długim skoku bramka startowa wędruje w dół. Szkoda jednak, że w tym historycznym konkursie nasi rodacy nie odgrywali pierwszoplanowej roli. Jedyny Polak skaczący w tym konkursie -Adam Małysz, zajął 15 miejsce.